Dzien Wszystkich Swietych,nareszcie wybralam sie na cmentarz i moglam isc na grob mojego nauczyciela.Myslalam ze go juz nie znajde,ale kiedy zastalam na drodze grob tego malego dziecka,ktory pokazywala mi kiedys Julia to po paru minutach doszlam do kamienia pod ktorym spoczywa p.Gabelin.Nie bylo ani jednej swieczki…zapewnie to Ewangelik,ale ja zapalilam te male swiatelko…zeby nie czul sie samotny…
Powracajac do tego dziecka to znwou nie dawalo mi spokoju,tylko tym razem mialam mozliwosc dokladnemu przyjzeniu sie temu malutkiemu grobkowi,stojacemu na rogu miedzy dwoma swierkami.Od ponad stu lat,spi w nim chroniona przez aniolka z jedna reka Elvira von Bewer,ur.13.12.1896 a zm.26.5.1897,liczac wiec nie caly roczek…
Nie wiem dlaczego,ale te male miejsce wiecznego spoczynku ma w sobie cos takiego,co nie czuc przy kazdym grobie.Biala,ciepla aure…wpolczucie ale i usmiech na twarzy,wyobrazenia,zadume.
Ciegnie mnie do niej,to troche dziwne ale tak jest.Nie jest jakims pozuconym grobem,ktory prosi o opieke,mimo biegu czasu zawsze musial o niego dbac..rodzina,a moze obcy ludzie ktorych tez ciagnelo pod swierki….
Cos mi mowi,ze mimo Elvirce jest dobrze,to zaluje ze nie przezyla wiecej tego co nazywa sie dziecinstwem…biegajac po lace,w bialaj sukence,z wiankiem kwiatow w ciemno-blond,moze juz brazowych lokach…nie wiem dlaczego mam o niej take wyobrazenie,ale to scene mialam przed oczami juz po pare miesiecy temu,kiedy pierwszy raz ja spotkalam.
A moze chce tylko,zeby jej aniolek odzyskal odlamana reke…?
Jedne co zalowalam w tym dniu,to fakt ze nie moge byc teraz na cmentarzu przy rodzinie…