Wczoraj moja szkola obchodzila 30lecie swojego istnienia.YUHU!
Ja, jak to ja zglosilam sie oczywiscie to sekcj muzycznej.
Nie na gitary przeciez, bo moja biedulka stoi juz dosc dlugo dotykana tylko przy zcieraniu kurzu.
Nie na sile do chorku szkolnego bo spiewac nie umiem.
Nie do orchiestry bo moje marzenie o graniu na skrzypcach skonczylo sie na ostatnich 3 strunach, starannie zapakowanych w szafie.
Tak wiec…na bebny, grupa rytmiczna bo w koncu walic na bebnach to chyba mozna sie szybko nauczyc. A szybko bylo trzeba bo mielismy tylko pare dni przed wystepem.
Ale nie zaluje bo bylo cudonie. To nic ze bylam najstarsza w grupie i dalam maluchom grac na bebnach a sama zlapalam palke i cos co do tej pory nie wiem jak sie nazywa i stukalam sobie w tle.
Bylo warto siedziec caly dzien w szkole i najwiekszym pospiechu pojechac dwa razy do domu..oj bylo warto.
Wszystkie grupy prowadzila grupa muzyczna farfarello ale jakos najbardziej lub najintensywniej zajeli sie moja. Tom, bo on prowadzil wiekszosc czesc byl po prostu super. Mozna by sie bylo spodziewac muzyka, ktory nie umie obchodzic sie z mlodzieza i przedewszystkim dzieci,ale nie…naprawde bylo super zwlaszcza kiedy doszedl potem Joschi. Uwielbiam tego mezczyzne. Mial taki szarm,taka..muzyczna aure. Wieksza widzialam juz tylko u Mani’ego,skrzypka grupy…wszystcy byli cudonwni i strasznie kochani. Konzert wieczorem bym lepszy niz mozna bylo spodziewac. Dzieciaki daly sobie naprawde dobrze rade. Jednak najwiecej owacji zebrala orchiestra,ktorej muyzcy byli jednak zwalszcza z innej szkoly, no i oczywiscie farfarello.
Konzert grupy byl…po prostu wow.
Nie wiem jak opisac skrzypka zyjacego swoja gra w czerwonym swietle, jak opisac cala atmosfere…bylo cudowie i to tak, ze plakalam kiedy ouszczalam budynek po uslyszaniu zaledwie 3 piosenek…rodzice mnie odbierali…wychodzilam i plakalam.W tym dniu spadl pierwszy snieg..
I kiedy tak sobie padal ja zciskalam pod plaszczem plakat z turnee z autografami, a w kieszeni spoczywal aparat..
I teraz moglambym dalej plakac, teraz kiedy spogladam na owy plakat wiszacy na scianie..niedlugo dojda obok niego moje zdiecia z Tomem i Joschi’m…
Chcialambym zeby mnie pamietali…Joschi sie z boku do mnie usmiechnal. Tak po prostu jakbypozdrawial starego przyjaciela…
Nie porzegnalam ich, nie moglam…i to mnie troche gryzie. Ale jeszcze bardziej gryzie fakt, ze chaialambym byc muzyce tak blisko, tak blisko jak oni ale nie moge tego osiagnac..
Kiedy zaczne studia, tak..wtedy naprawie skrzypce…zaczne grac od poczatku…Mani, moze sie jeszcze kiedys spotkamy…moze niedlugo na jednym z waszych nastepnych konzertow..moze…moze kiedys.